BukBuk © 2019

Żulczyk „Wzgórze psów” – punisher w Mordorze

Główny bohater „Wzgórza psów”, Mikołaj, jest klasycznym „przegrywem”. Trzydziestkę skończył już parę lat temu, w sumie nic nie robi, ale napisał kiedyś bestseller i przez jakiś czas mógł udawać, że jest młodym, dobrze zapowiadającym się pisarzem.
Właśnie wynosi się z żoną z mieszkania w Warszawie – ona straciła etat w redakcji, a kredyt sam się nie spłaci, więc muszą je komuś wynająć.
Postanawiają przezimować gorszy okres w rodzinnym mieście Mikołaja – Zyborku, gdzieś na Mazurach. Jest też drugie dno tego wyjazdu – Justyna chce uciąć romans z szefem, zawodowym zwycięzcą. To dla Mikołaja akurat dobra wiadomość – w pewnym momencie zamienił ćpanie na Justynę i kto wie, co by zrobił, gdyby zniknęła. Zwłaszcza że ich małżeństwo już się lekko wypaliło (Justyna mówi: Na jedną sekundę, gdy go kocham, przypada dziesięć, kiedy chciałabym, aby zniknął, albo stał się kimś zupełnie innym).
W poprzedniej powieści („Ślepnąc od świateł”) Żulczyk opowiadał przede wszystkim o Warszawie. Teraz skupia się na prowincji – Zybork to niewielka mieścina w Polsce B, gdzie każdy zna każdego, a rej wodzą skorumpowana pani burmistrz i boss lokalnej mafii. Mikołaj wyrwał się z Zyborka kilkanaście lat wcześniej, gdy uciekł na studia do Warszawy. Powrót do domu oznacza spotkanie z ojcem – tyranem, ale także konfrontację z przeszłością, która okazuje się żywa i dojmująco bolesna. Pierwsza dziewczyna Mikołaja została brutalnie zgwałcona i zamordowana. Czy ta śmierć sprzed lat ma coś wspólnego z serią zaginięć, które obecnie nawiedzają Zybork? Próbuje tego dociec dziennikarka Justyna.
Żulczyk jak zawsze błyskotliwie miesza różne konwencje literatury pop i dokłada od siebie ambitniejsze diagnozy. „Wzgórze psów” można czytać na kilku poziomach, tak wiele tu wątków i motywów.
Mamy więc na przykład sensację polityczną – ojciec Mikołaja jest liderem zyborskiej opozycji wobec szemranej pani burmistrz i szykuje referendum dotyczące jej odwołania. Czy ta kampania jest kluczem w sprawie tajemniczych zniknięć miejscowych notabli? Pisarz ukazuje mechanizmy lokalnej, „małej” polityki, gdzie w gruncie rzeczy wszyscy są w coś umoczeni.
„Wzgórze psów” mówi też o przeszłości, od której nie można się uwolnić – bohaterowie Żulczyka kumulują w sobie doświadczenia, które determinują ich dzisiejsze postawy. Jednym z nich jest dzieciństwo pod butem autorytarnego ojca – jedynej silnej postaci w tej książce, który jak walec przejeżdża po swoich synach. Mikołaj wpada w narkotyki, z których wyciąga go Justyna – w małżeństwie z nią role są więc od początku rozdane. Jego brat jest alkoholikiem i hazardzistą, ale nie pozostaje tak bierny jak Mikołaj – napędza go między innymi walka o dzieci z byłą żoną. Jedyne, co Mikołaj tak naprawdę potrafi, to rysować ulubionego bohatera – mściciela Punishera – na marginesach zeszytu, w którym powinien pisać nową powieść, za którą właśnie zgarnął sporą zaliczkę. Wypadki w Zyborku wymuszają w końcu pewne decyzje, które czynią go pewnie twardszym niczym komiksowy Punisher, ale czy doroślejszym? Dość powiedzieć, że ostatecznie poddaje się oczekiwaniom ojca i brata, przekonany, że właśnie ustalił swoją tożsamość: – To nie ty – mówi Justyna. – To ja – odpowiadam. Zaskakujące, jak szybko Mikołaj na powrót wtapia się w reguły społeczności, którą dawno opuścił – tak jakby to się nigdy nie zdarzyło.
Żulczyk to pisarz nieoczywistości – jak to zwykle u niego, granica między dobrem i złem jest we „Wzgórzu psów” mocno niepewna. To chyba nie jest tylko zwykły chwyt literacki – pisarz znowu mówi nam: świat nie jest czarno-biały.

Piotr Gajdowski

Wzgórze psów
Jakub Żulczyk
Świat Książki