BukBuk © 2019

Otchłań w ogródku
– rozmowa z Salcią Hałas

Akcja twojego poematu Potop toczy się w Pekinie, dzielnicy Gdyni. Jaka jest historia tego miejsca?

Salcia Hałas:
To typowa gdyńska historia. Mamy tu wiele miejsc o intrygujących nazwach: Meksyk, Oksywia, Budapeszt, Stara Warszawa i właśnie Pekin – osiedle rozciągające się na Wzgórzu Orlicz – Dreszera, niegdyś Bernorda. W latach trzydziestych osiedlali się tu robotnicy, którzy ciągnęli nad morze by budować nowe miasto i port. Byli to bardzo ubodzy ludzie, w większości bez dachu nad głową. Właściciel wzgórza dawał im teren w dzierżawę i pozwalał stawiać na nim prowizoryczne baraki.  Robotnicy budowali z tego, co mieli pod ręką – odpadów z budowy portu i różnego rodzaju resztek. Stłoczonym drewnianym baraczkom, przypominającym chińskie domki, dzielnica zawdzięcza swą nazwę. Po wojnie o właścicielu słuch zaginął, a teren przejęło miasto. Sytuacja prawna tych ziem nie była do końca jasna, co stało się przedmiotem wielu nadużyć. Ludzie kupowali działki na wolnym rynku z ogłoszenia, by za chwilę przekonać się, że ich akty własności nic nie znaczą. Na początku lat dziewięćdziesiątych pojawili się spadkobiercy. A gdy tylko wzgórzem zainteresował się deweloper, teren został wyceniony na dwadzieścia osiem milionów. Wtedy zaczęły się szykany mieszkańców.

Podobno piękny widok rozpościera się z tego wzgórza.

A tak, właśnie widok jest obłędny na całą Gdynię i morze. Można tam wspaniałe osiedle wybudować. I stąd właśnie wzięły się wyburzania, podpalenia i innego rodzaju wypadki. Mieszkam tuż obok, na Grabówku. Zaczęłam rozmawiać z mieszkańcami Pekinu, zbierać ich opowieść, aż w końcu to miejsce zupełnie mnie pochłonęło. Działo się tam wtedy już bardzo źle. Działał czyściciel, który, jak to opisałam w książce: zawsze mówił, że jak rujnuje, to zabezpiecza. W wielu z tych domów od lat mieszkają całe rodziny – domy są rozbudowywane, remontowane. I choć teoretycznie nie można przeprowadzać żadnych tego typu działań w zamieszkałych budynkach, to w praktyce zdarzało się, że niszczono bliźniaczą, pustą połowę domu, powodując tąpnięcia, czy przeciekanie dachu w tej ocalałej, zamieszkałej części. Dziennikarze przyjeżdżali oglądać tę ruinę a następnie pisali teksty o przykuwających uwagę nagłówkach Wstyd Gdynii, itp.

Próbuje się robić z ciebie pisarkę portretującą ludzi marginesu, nizin społecznych, jednak ty uciekasz od takich etykietek, patrzysz na swoich bohaterów z dużą dozą czułości, przypisując im, co więcej, znajomość ważnej dla nas wszystkich Prawdy. 

Tak, nie przepadam za takim szufladkowaniem, uważam je za bardzo mylące. Śmieję się, że z racji zawodu (jestem w końcu ogrodniczką), podobnie jak jedna z moich bohaterek Babka Szwajcerowa, oglądam świat z poziomu podłogi i muszę powiedzieć, że jest to dla pisarki bardzo cenna perspektywa.  Już od dawna próby przypisania szeroko pojętej patologii do jednej grupy społecznej są zupełnie chybione. Widać to zresztą po reportażach z Pekinu, które wszystkie wyglądają podobnie: pijak a w tle ścieki, brud i malaria. Nie ma w nich słowa o tym, że znacząca część mieszkańców to ciężko pracujący ludzie, płacący podatki i próbujący jakoś wiązać koniec z końcem. Zdarzyła się sytuacja, że czyściciel uderzył w twarz jedną z mieszkanek, starszą osobę i wyszedł z tego bez szwanku. On po prostu w swoim odczuciu mógł to zrobić, bo ona była gorsza, inna. Nie pozwoliłby sobie przecież na coś takiego na środku głównej ulicy Gdynii.

Twoje bohaterki wzorowane są na prawdziwych postaciach?

W Pekinie zetknęłam się z mieszkającymi w barakach kobietami, które potrafiły w otwarty, naturalny sposób opowiadać o swoim życiu, ściśle związanym z historią tego miejsca. Byłam zaskoczona tym, z jakim poczuciem humoru mówiły o rzeczach niezwykle trudnych, wręcz traumatycznych. One po prostu ze sobą gadały (wykazując się w stosunku do siebie olbrzymią empatią) i tak gadając oswajały tę pełną wyzwań rzeczywistość. Zródłem wiedzy moich bohaterek, trzech pekińskich wiedźm: Babki Szwajcerowej, Haliny Pigułowej i Zofii Nadziei, jest codzienna obserwacja. Potrafią patrzeć na rzeczy wprost, z perspektywy własnego ogródka. Są przez to bardziej wyczulone na zachodzące wokół zmiany. Ich opowieści sumują się w jakiś rodzaj tajemnej prawdy, której źródłem jest ten przydomowy ogródek, ale jej sens dotyczy rzeczy znacznie większych. Zniszczenie tego ich mikroświata – ta otchłań w ogródku– stało się dla mnie symbolem zniszczenia i upadku w ogóle.

Dobrze oddaje to język poematu – z jednej strony bezpośredni, prosty, dynamiczny, a z drugiej uroczysty i tajemniczy, przypominający bibilijne przepowiednie.

Tak, sama na co dzień nie prowadzę intelektualnych rozmów. Język moich bohaterek to język codzienności, na który składają się zasłyszane gdzieś strzępki rozmów, wiedza potoczna, nagłówki gazet, rzucona mimochodem uwaga czy żart.  Z drugiej strony to są Te Trzy, które Wiedzą, depozytariuszki Tajemnicy – to w końcu wiedźmy i stąd u nich ten profetyczny ton. Jedna jest nawet dyplomowaną czarownicą. I to jest akurat historia prawdziwa – we Wrzeszczu istniała jeszcze w latach dziewięćdziesiątychszkoła czarownic. Tam właśnie uczyła się Babka Szwajcerowa, która „zagląda pod podszewkę przyszłości” i mogłaby dużo historii opowiedzieć, ale nie ma czasu, bo przygarnęła wielkiego psa. Halina Pigułowa za to czasu ma sporo, od kiedy dzieci wyszły z domu, a mąż kładzie płytki w Niemczech. A Zofia Nadzieja, znacznie od nich młodsza, wykleja nocą bilbordy i walczy z depresją. I to właśnie one stają w obliczu tej prawdy wykraczającej poza ludzką egzystencję.

W „Potopie” mamy wyraźne przeciwstawienie upadku i postępu, ale umiejętnie pokazujesz, że pod tymi pojęciami kryć się może coś zupełnie innego niż nam się na pierwszy rzut oka wydaje.

W Pekinie – tym zdawałoby się symbolu zniszczenia –  jest życie. Ono pulsuje pod posadzką chybotliwych domów, połyskuje w dziurach w chodniku. Przez to, że mieszkańcy tego miejsca tak długo pozostawali na marginesie przemian, zachowali nieco inną perspektywę patrzenia na świat, bardziej ludzką, bardziej przyziemną – perspektywę mniejszej skali. Wciąż mają czas by sadzić żonkile, troszczyć się o zwierzęta, o drugiego człowieka, również tego starego, chorego, ułomnego i zepsutegona tak wiele sposobów. Toczą rozmowy przy płocie. Tworzą wielopokoleniową wspólnotę. Tego w naszym postępowym, nowoczesnym życiu już właściwie nie ma. 

Jest takie angielskie określenie, które dobrze oddaje to, o czym mówisz „down to Earth”. Ten pekiński mikroświat jest u Ciebie bardzo organiczny, zmysłowy – te wszystkie oplecione pnączami altany, wybujałe dzikie krzewy, rdesty, czeremchy, podziemne potoki.

Ludzie, którzy na co dzień obcują z ziemią, co jest bardzo pierwotną czynnością, nie mogą nie zauważyć znaków, świadczących o tym, że nadciąga kres i świat wokół nas powoli umiera. Ogrody coraz mnie pachną, ze zmodyfikowanych cebul wyrastają rachityczne tulipany, dzikie zwierzęta tracą samozachowawcze instynktu, poziom wód gruntowych się podnosi. Trudniej jest to dostrzec w wybetonowanych strzeżonym osiedlu – tam pozostaje nam pooglądać sobie w telewizorze plamę plastiku na oceanie tysiące kilometrów od nas i łudzić się, że tak bardzo może nas to jednak nie dotyczy.

Postęp uosobiany jest za to przez Przedstawiciela dewelopera, który wyrwie te krzywe drzewa, uprzątnie te dzikie krzaki, domy porządnie postawi i wybrukuje ładnie dookoła. I posadzi tuje zamiast kwiatów i owocowych drzew.

Codziennie od siódmej do czternastej zarabiam na utrzymanie jako ogrodniczka. Jestem naocznym świadkiem tego, do czego doprowadziła w miastach działalność człowieka. W Sopocie zabetonowano siedemnaście potoków. Położono hektary kostki. Powoduje to że, przy każdym większym deszczu nowe osiedla są zalewane. Człowiek, zaślepiony przez swą arogancję, myśli że może po prostu zabetonować strumyk, zabetonować ziemię. Ale to nieprawda – natura się przedrze i da o sobie znać ze wzmożoną siłą

Ważną rolę w twojej książce odgrywają zwierzęta – psy, koty, dropiata kawka, lis. Ich obecność ma kojący wpływ na ludzi. To też przywodzi na myśl bibilijny obraz – arki Noego. 

W Pekinie ludzie i zwierzęta żyją w swoistej symbiozie, wspierając się, czasem tylko przelotnie, we wspólnej poniewierce. Pamiętam niesamowity obraz kotów grzejących się w cieple pogorzeliska jednego z pekińskich domów. Gnane przez wiatr, tutaj trochę zjedzą, tam się czegoś napiją. Przychodzą, odchodzą, ale kiedy trzeba przystaną, by razem z człowiekiem pobyć chwilę w zdumionym milczeniu. Na skutek przeprowadzek mieszkańców, ta więź bywała dramatycznie zerwana. Poznałam rodzinę, która pozostawiła za sobą osiem kotów – nie mieli dokąd ich zabrać. O los tych porzuconych pod przymusem zwierząt również nikt się nie zatroszczył.

Jest dla nas jakaś nadzieja, czy potop jest nieuchronny?

Patrzę na rozwój cywilizacji i nie mam optymistycznych myśli. Dzisiejszy postęp to w wielu aspektach zahamowanie rozwoju. W takim dajmy na to średniowieczu (zwanym pogardliwie ciemnymi wiekami) życie ludzkie było wewnętrznie bardzo nasycone. Wraz z zanegowaniem idei Boga, utraciliśmy cenne aspekty duchowości i postęp zaczyna się aktualnie sprowadzać do spraw czysto materialnych. Przekaz kulturowy skupia się na tym by zachęcić nas do konsumpcji i temu podporządkowane są kolejne sfery życia społecznego i cała przyroda. 
Widzę nieraz, jak ludzie, chcąc sprzedać jakiś teren wycinają wszystko co na nim wyrosło w pień (to też bardzo znamienne, prawda?) Zdarza się, że transakcja nie dochodzi do skutku i działka jest znów pozostawiona sama sobie. Wystarczą dwa sezonu, żeby wybujałe rośliny powróciły na miejsce. Przyroda, mimo że zmieniona, spustoszona powróci, jednak czy my, ludzie przetrwamy ten kataklizm, który sami sobie szykujemy – to już dla mnie znacznie bardziej wątpliwe. 

Rozmawiała: Julia Skórzyńska – Ślusarek
Zdjęcie autorki: Marek Jagła

Potop
Salcia Hałas
W.A.B.