BukBuk © 2019

„Moja żona tramwajarka” – rozmowa z Henryką Krzywonos i Krzysztofem Strycharskim

„Ja były zomowiec, a naprzeciwko mnie kobieta, która postawiła się komunistom”. Tak pani mąż podsumował w swojej książce „Moja żona tramwajarka” dzielące was w momencie poznania różnice. Zarazem jednak czuł, że może pani zaufać i od początku stała mu się pani bardzo bliska. Jak to pierwsze spotkanie wyglądało z pani perspektywy?

Henryka Krzywonos: Ja mam bardzo łatwy kontakt z ludźmi. Zdarza się, że spotykam kogoś po raz pierwszy i ta osoba w piętnaście minut opowiada mi całe swoje życie i ja potem po nocy spać nie mogę, bo się martwię, jak jej pomóc. Z Krzysztofem było inaczej – to ja potrzebowałam jego konkretnej pomocy. Musiałam przewieźć meble, a właściwie stare graty – tak to należy nazwać – z pobliskiego magazynu. Pozwolono mi je sobie wziąć, a ja nie miałam pół mebla w domu. I zaczepiłam faceta, który właśnie pod warzywniakiem wyładowywał towar. Patrząc na niego, nie zastanawiałam się, czy ładny czy nieładny, tylko czy przewiezie, czy nie. Byłam wtedy po ciężkiej operacji i bardzo mi zależało, bo zaraz mieli zamknąć magazyn i znowu kolejną noc spałabym na dmuchanym materacu, z którego wylatywało powietrze. I to było dla mnie najważniejsze, a sam facet, zwłaszcza taki młodziutki, po prostu zupełnie mnie nie interesował.

Pomógł?
Powiedział: „Dobra, ale muszę wpierw towar ściągnąć”. Ja mogłam dźwigać do kilograma, ale że mi strasznie zależało to przeniosłam z nim te ciężkie rzeczy, nawet skrzynki z jabłkami, które ważą z 25 kg. W mig to zrobiliśmy, aby tylko zdążyć. Pojechaliśmy po meble, wnieśliśmy je razem i potem usiedliśmy w moim mieszkaniu. Krzysztof rozglądał się zdziwiony, bo miałam bardzo duże mieszkanie – 102 metry, ale biedne, obdrapane i zupełnie puste. Musiałam je w części odnająć, żeby mieć z czego żyć, bo miałam wtedy wilczy bilet i o pracy mogłam zapomnieć. I jak już usiedliśmy i on nie był mi do niczego potrzebny, zaczęliśmy gadać. Nie chciał ode mnie pieniędzy – zażenowana tym byłam, bo każdy dar w tamtych latach się liczył – piwa też nie chciał, bo okazało się, że nie pije, ale skusił się na oranżadę. Zaczął opowiadać. I ja, tak słuchając go, sobie myślałam: „Boże, człowieku, jaki Ty jesteś aktualnie bogaty, a jaki zaraz będziesz biedny”. Bo wiedziałam, że zaraz opowiem mu o sobie i przyjdzie moment przykrej konfrontacji i być może jakiegoś rozczarowania. 

Jak pani przyjęła to, że był w milicji? Pani nazwisko zobaczył po raz pierwszy w książeczce ze zdjęciami i nazwiskami osób inwigilowanych, która wpadła mu w ręce w czasach gdy pracował w ZOMO.
Zupełnie spokojnie to przyjęłam – absolutnie – bo ludzie dobrzy byli po tej i po tamtej stronie. Byli tacy którzy odsłużyli w ten sposób wojsko, najczęściej ci, którzy mieli rodziny, bo to im gwarantowało lepsze zarobki. Widocznie Krzysztof poczuł, że go rozumiem i rozmowa toczyła się dalej, aż w końcu zaprosiłam go na moje imieniny następnego dnia. Przyszedł z siostrą i tak we trójkę sobie siedzieliśmy. To był pierwszy facet, od którego dostałam prezent – 25 deko kawy. Wtedy to miało niezwykłą wartość, a dodatkowo ja byłam kawoszem całe życie. I nie wiem, czy pani uwierzy, ale ja się popłakałam, jak dostałam tę kawę. A okazało się, że kawa to nic – facet był kulturalny, umiał się wysłowić, mieliśmy wspólne tematy. Kiedy siostra w końcu wyszła, dalej gadaliśmy. Ach, jak było fajnie. Chociaż oczywiście zupełnie nie myślałam wtedy w kategoriach mąż, tylko przyjaciel.

Jak to? Taki przystojny, uczynny i kulturalny mężczyzna i nic? 
Była ta różnica wieku, o której się dowiedziałam już pierwszego dnia. Ja miałam 33 lata, on 21.  Byłam po ciężkiej operacji – powiedziano mi, że mam rok, może dwa życia. Nie chciałam być dla nikogo obciążeniem. Co taki związek oznaczałby dla Krzysztofa? Być może konieczność opieki nade mną, a niedługo potem moje odejście. Tylko takimi kategoriami myślałam. Potem jednak okazało się, że coraz lepiej się nam rozmawia i to jakoś przestało być istotne i kiedy po trzech miesiącach znajomości zaproponował mi małżeństwo, to… ja jemu też zaproponowałam. I od razu dodałam, że to nie będzie zobowiązujące i że w każdej chwili, kiedy pozna inną kobietę będzie mógł mi powiedzieć: „Odchodzę.” A ja go wtedy nie będę powstrzymywała. Ale kiedy przyszliśmy z urzędu stanu cywilnego, Krzysztof powiedział: „Słuchaj, ja mam teraz na to papier – jesteś moją żoną i już, tak łatwo ci się mnie pozbyć nie będzie.”

Ślub 1987 rok

Krzysztof Strycharski: W tym naszym spotkaniu, od pierwszego momentu była iskra. Ta wspólnota dusz to jest jednak niewytłumaczalne zjawisko. Nagle coś ludzi łączy mocniej niż wszystko i na całe życie i naprawdę nie sposób jednym słowem powiedzieć, co to właściwie jest. Od początku wiedziałem, że to ta jedyna. Spodobała mi się ta jej stanowczość i to, że bez gadania zakasała rękawy i z uśmiechem wzięła się do przenoszenia tych skrzynek.

Byli państwo, zwłaszcza jak na tamte czasy – choć nie jestem pewna czy tak dużo się w tym względzie zmieniło – oryginalną parą, ludzie to akceptowali?
H.K: Początkowo ze względu na różnicę wieku, patrzyli na nas, słowo daję, jak na zboczeńców. Na Krzysztofa może nie, ale na mnie zupełnie. Jak to? Kobieta w takim wieku? Przecież mogła by być jego matką. Ja wszystkich uspakajałam, że w wieku 12 lat nie rodziłam, ale niewiele to pomagało. Potem po prostu przyzwyczailiśmy się do tego, że obcy myślą, że jesteśmy matką i synem. Nie wyprowadzaliśmy ich z błędu. 

K.S: Mieliśmy swój system – po prostu nie interesowaliśmy się tym, co inni myślą, żyliśmy dla siebie. Dla mnie najważniejsze było koniec końców zdanie Henryki, a dla niej moje i już. Kiedy braliśmy ślub nasza sąsiadka wyszła z tacą, chlebem i solą. Ze strony znajomych doznaliśmy dużo miłości. Dodawało nam to skrzydeł i dlatego później tak chętnie oddawaliśmy tę miłość innym.
Byliśmy też bardzo wyczuleni na kwestie tolerancji w wychowaniu naszych dzieci. Kiedyś zauważyliśmy, że nasz syn uporczywie przygląda się chłopczykowi na wózku i robi jakieś miny. Henia natychmiast zadzwoniła do Joli Kwaśniewskiej, która akurat organizowała wyjazd dzieci niepełnosprawnych do Szwecji. Zjedliśmy z nimi obiad. Nasz syn nie mógł później przestać opowiadać, o tym jakie te dzieci są odważne, jak dzielnie mierzą się ze swoja chorobą. Na koniec powiedział: „Ja nigdy więcej nie spojrzę krzywo na takiego człowieka”

Nigdy nie było zazdrości w Państwa związku?
K.S: Nie, ale były liczne próby skłócenia nas przez innych, którzy insynuowali różne rzeczy. My mieliśmy wobec siebie zbyt dużo szacunku, żeby na nas to mogło zadziałać, zbyt dużo zaufania. 

H.K: Nie mogę powiedzieć, żebym nie miała propozycji ze strony innych mężczyzn, bo pomimo różnicy wieku, one były i nawet wtedy, kiedy ważyłam sto czterdzieści sześć kilo, też miałam propozycje, bo człowiek się przecież nie składa tylko z figury. Ale ja nigdy z nich nie skorzystałam. Nawet przez 5 minut nie pomyślałam, że mogłabym Krzysztofowi zrobić takie świństwo – jak ja sama bym się z tym czuła. Bo przecież musiałabym wrócić do domu i spojrzeć mu w oczy – i co wtedy?
Ale miłość to nie tylko szacunek. Powiem pani tak, zanim poznałam Krzysztofa, byłam już w związku małżeńskim. Za swojego pierwszego męża, starszego ode mnie o czternaście lat, wyszłam tylko dlatego, że chciałam uciec z domu. Uważałam, że skoro jest starszy, rozsądniejszy, to będę miała zapewniony spokój i bezpieczeństwo. Nie tylko zresztą ja, ale również moja siostra, za którą byłam odpowiedzialna. Tam był szacunek, ale nie było miłości i to jak się okazało po obu stronach. Nasza relacja gasła, aż w końcu się rozeszliśmy. Nadal w szacunku. 
Z Krzysztofem to jest zupełnie coś innego. Gdyby mu zabrakło nerki, ja sobie nie wyobrażam, żebym się sekundę zawahała, żeby mu swojej nie oddać. Ba, serce bym oddała. I nic bym nie zmieniła w tym życiu, które przeszliśmy, choć nie było ono kolorowe. Kiedy się ma dwanaścioro dzieci, dni są naprawdę bardzo różne. Od rana trzeba myśleć, o tym, co zrobić na obiad, kiedy sprzątnąć, kiedy odrobić lekcje.

Jak w tak pełnym wyzwań życiu podtrzymywać tę więź?  
H.K: Myśmy z Krzysztofem zawsze dużo rozmawiali, robiliśmy rzeczy wspólnie, razem podejmowaliśmy trudne decyzje czy planowaliśmy wydatki. Ja bardzo wierzę w rozmowę. Uważam, że znajomość tego, co lubimy, jakie mamy poglądy, jak się zachowujemy w różnych sytuacjach, czyli też nasze historie z przeszłości, to ma wpływ na więź między ludźmi. I robienie rzeczy razem – to jest miłość. Kiedy uda się razem uratować czyjeś życie, komuś pomóc, to łączy tak mocno, że potem można już z zamkniętymi oczyma za tą osobą pójść w ogień.

W dzieciństwie doświadczyli państwo biedy i pomimo tego, że w dorosłym życiu, już jako para też często mierzyli się państwo z materialnymi trudnościami, poświęciliście znaczną część swojego wspólnego życia na to, żeby pomagać innym ludziom. 
H.K: W Polsce bieda była, jest i będzie – z dnia na dzień nic z tym specjalnego nie zrobimy. 
Dlatego najważniejsze jest, żeby ludzi na te biedę uwrażliwić i pokazać, w jaki sposób można się mierzyć z tym problemem. My w domu mieliśmy na przykład taki system. Kiedy się dowiedziałam, że w naszej szkole dzieci kradną sobie kanapki, postanowiłam, że moje będą brały zawsze po dwie, żeby móc jedną oddać. Ale mówiłam im: „tylko pamiętaj, nie mów, że mama ci dała, żebyś oddał głodnemu, tylko, że ty nie możesz zjeść i dostaniesz wciry jak wrócisz z kanapką do domu.” 
Kiedy adoptowaliśmy nasze dzieci – każde z nich doświadczyło różnego rodzaju trudności we wczesnym dzieciństwie – to one w czasie przygotowania kolacji mierzyły linijką chleb i grubość warstwy pasztetowej, żeby każdemu dać to, co się mu według wzrostu i wieku należało. Powoli uczyliśmy ich tego, że w rodzinie czasami masz trochę mniej, a innego dnia na odwrót, że to nie zawsze jest kwestia miary, bo danego dnia ktoś może być po prostu w większej potrzebie. 
Zawsze odnosiliśmy ubrania, z których dzieci wyrosły do Klubu Cebulka naprzeciwko nas. Mówiłam im: „ty masz ubranie i teraz możesz się solidarnie podzielić tym, czego już sam nie potrzebujesz”.
Te nauki szły w parze z dawaniem im poczucia bycia wyjątkowym. Kiedy szłam do sklepu brałam trójkę i zawsze coś im kupiłam, a następnym razem szła kolejna trójka. Uważałam, że w ten sposób będą wiedzieli jaką radość daje poczucie bycia obdarowanym, wyróżnionym.
Chociaż było ich dwanaścioro, każdy miał prawo napisać list do Mikołaja. Na tym tle byłam zupełną wariatką, bo ja nigdy nie dostawałam prezentów i strasznie mi zależało na tym, żeby oni mieli to, czego zapragną.
Ale to Krzysztof naprawdę pokazał im, jak pomagać z głową, kiedy razem z Ryszardem Dziekańskim działał w Fundacji Henryki Krzywonos- Strycharskiej. Potrafiliśmy wtedy przed świętami przygotować kilkadziesiąt paczek dla potrzebujących rodzin po 50 kg każda. Angażowaliśmy do tego mniejsze i większe sklepy.

K.S: W naszym społeczeństwie w teorii wszyscy są za tym, żeby pomagać, jednak jak przychodzi, co do czego, to się okazuje, że dom pomocy społecznej owszem jest potrzebny, ale niekoniecznie w moim sąsiedztwie. Kiedy prowadziliśmy rodzinny dom dziecka, ktoś powiedział, że nie chce, żeby jego dziecko bawiło się z tymi (naszymi!) dziećmi. Nie rozumiem tego. Jeżeli 90% z nas to ludzie wierzący, to naszym obowiązkiem jest świadczyć tę wiarę własnym życiem. Dlatego tak ważne są małe, codzienne kroki w stronę drugiego człowieka. I angażowanie innych na rzecz działań pomocowych. Stąd się zresztą wzięła większość naszych przyjaźni – ze wspólnego działania. Jolanta Kwaśniewska, Agata Młynarska, Irek Bielennik – to osoby, na których możemy polegać dzień i w nocy, niezależnie od tego czy chodzi o bal charytatywny na rzecz szpitala onkologicznego, ratowanie życia ciężko chorego dziecka czy zbiórkę ubrań. 

Co jeszcze było dla państwa ważne w wychowaniu dzieci?
K.S: Udało nam się wychować dzieci, które są niezależne. Dla mnie to było ważne zwłaszcza w odniesieniu do córek. Chcieliśmy dać im siłę, aby zawsze np. w sytuacji, gdyby partner którąś z nich krzywdził psychicznie czy fizycznie, mogły powiedzieć stop i odejść. Tłumaczyliśmy jak ważna jest nauka, praca i niezależność finansowa. Henryka postawiła sobie za punkt honoru, żeby wszystkie nasze dzieci skończyły szkołę średnią. Uznała, że skoro od nich tego wymaga, to zacznie od siebie. I zapisała się do szkoły średniej, razem z dziećmi zakuwała potem do egzaminów. Ale i tak miała szczęście – na egzaminie z WOS-u dostała pytanie o porozumienia sierpniowe.

H.K: Staraliśmy się ich wychować z poszanowaniem dla drugiej osoby, kształcić w nich umiejętność słuchania. Mieliśmy na stole w kuchni słoiczek skarg i zażaleń, raz w tygodniu wszystkie karteczki ze słoika były wspólnie odczytywane i omawialiśmy razem konflikty. Czasami winny musiał jakoś symbolicznie zadośćuczynić poszkodowanemu – np. pościelić mu łóżko. Skargi mogły dotyczyć zachowań rodziców – zdażyło mi się kilka razy robić w ramach kary przysiady.

Z mamą na wycieczce

Dzieci odchowane, liczne wspólne projekty zrealizowane, co dzisiaj jest dla państwa najważniejsze?
K.S: Kiedyś dużo rozmawialiśmy o przeszłości, a dziś coraz więcej o tym, co będzie, kiedy któreś z nas odejdzie pierwsze i to drugie zostanie samo. Marzymy, żeby to się stało w tym samym momencie, żeby w nas tir wjechał albo coś w tym rodzaju.

H.K: W ogóle nie mogę o tym myśleć. Czasami sprawdzam w nocy czy Krzysiu sobie tam koło mnie oddycha, robię to właściwie odruchowo, tak jak kiedyś dzieci bujałam w wózku, a że było ich trochę, to potem mi już sama ręka chodziła.

Rozmawiała: Julia Skórzyńska-Ślusarek

Moja żona tramwajarka
Krzysztof Strycharski
Agora SA